Uwaga Uwaga!
Od dzisiaj strona działa pod adresem:
lub
http://www.mtv.pl/blog/index.php?blogId=211
i tylko tam będą dochodzić nowe wpisy. Zapraszam!









B-Sides and Bootlegs vol.1
Okej mam chwilkę czasu, to zamiast kolejnych wylewnych wpisów (oszukali mnie!), kilka zaległych fotek z komentarzami.





Moi Drodzy!
Przepraszam, jeśli ten pamiętniczek brzmi jak jakiś pieprzony amerykański sen, ale tak to chyba wygląda!:)

Tym samym w hali 3A budynku Javits Center (największy budynek, w jakim byłem: centrum targowe, w nim z siedem takich pawilonów, a każdy wielkości niemalże Hali Ludowej, szok) pojawiło się jakieś 2 000 czarnych kobiet i naliczyłem maksymalnie kilkunastu mężczyzn:) Wyjątkowym wydarzeniem dnia był pokaz mody, w którym wzięły udział te wielkie babki (uwierzcie mi Kochane, każda Wasza fobia o byciu jakkolwiek "grubą" to nieprzyzwoita przesada), z monstrualnie wielkimi ciałami. Pierwszej z nich po wejściu na scenę dosłownie wylał się ze stanika taki olbrzymi cycek;), za co na wstępie zyskała moją sympatię. Popieram takie inicjatywy mocno, bo te Kobiety musiały być bardzo silne wewnętrznie, by zaakceptować siebie takimi, jakie są i pokazać to na zewnątrz.
Ale ta otyłość to poważny problem Ameryki serio. Co najśmieszniejsze, wszystkie te fastfoodownie są zapchane tymi wielkimi ludźmi. Początkowo mnie to dziwiło, myślałem: "Jak to? Taki duży i dalej je big maki?", ale z biegiem czasu Marzena uświadomiła mi istotę: "Słuchaj, oni wiedzą, że już nigdy nie schudną, więc robią już tylko to, co lubią najbardziej - WPIERDALAJĄ!!!"
Wracając do tematu.
Moja magiczna książka otworzyła mi drogę do kulis 2nd Annual Brooklyn Hip Hop Festival, gdzie przybiłem pionę i zebrałem podpisy do mojego blackbooka od takich wymiataczy, jak m.in. Rhymefest, Big Daddy Kane (SZOK!) i Talib Kweli. Gdy gadałem z tym ostatnim, przypomniały mi się lata 1998-2000, które w dużej części poświęciłem na wyjątkowo staranne śledzenie kariery tego gościa, ściąganie WSZYSTKICH, nawet najbardziej egzotycznych kawałków z jego gościnnym udziałem, czytaniem wywiadów. Był moim największym idolem, do tej pory go mocno szanuję. Miły dreszczyk emocji, gdy po przejrzeniu Leksykonu wpisał mi się "Good work, Radek!"
A same koncerty również zajebiste. Z tych, co zobaczyłem grali m.in. C.L. Smooth, Craig G i Kweli, Big Daddy Kane, Just Ice. Spóźniłem się na Strange Fruit Project, The Procussions, Sleepy'ego Browna i Buckshota, niestety.
Miejsce festiwalu to jakieś stare magazyny z czerwonej cegły pod Brooklyn Bridge, genialne miejscówka. Szkoda tylko, że to właśnie dzisiaj musiał padać deszcz, który w Nowym Jorku nie pada. I np. lał cham niemiłosiernie o 8 rano, kiedy po godzinie snu odprowadzałem w klapkach Lili na taksówkę na lotnisko i wróciłem nie dość, że na kacu, to jeszcze cały mokry. Upadki i wzloty:)
Hmm, z jednej strony chcę się dzielić tymi przeżyciami, z drugiej przykro mi, jeżeli kogoś wprowadzam nimi w depresję.W ramach rekompensaty proszę dajcie znać, to nakupię tu Prozacu - jako że jest tu bardziej popularny, to i pewnie tańszy.
Słowo.
Podbijania hiphopowego Nowego Jorku ciąg dalszy:)

Wczorajszy wieczór był mocny. Zaczęło się od spotkania ze Strange Fruit Project w Fat Beats, później małe skakanie po sklepach z winylami (nawet Dośkę namówiłem na kupno kilku pierwszych sztuk dla siebie, sam zakupiłem "Sex & Violence" BDP, debiut Brand Nubian, "Death Certificate" Ice Cube'a, wspólny numer Victorii Beckham i M.O.P. (!), plus kilka innych wypasów za grosze), a na końcu impreza.

Zaczęło się od takiej klubowej, wyjątkowo klimatycznej nasiadówy w miejscu o nazwie The Doors Lounge. Po tym, jak poznałem się bliżej z purple haze, ruszyliśmy na listening party solowej płyty Lorda Jamala z Brand Nubian. Klub, w którym całość miała miejsce, był chyba największym obiektem imprezowym, jaki widziałem. I najlepszym. Łącznie cztery poziomy: na samym dole takie perfidne piwniczne imprezowanie w dosłownie podziemnym klimacie, parter to wielki parkiet i czarne striptizerki tańczące na barze, pierwsze piętro to wielka scena niczym z hollywoodzkiego filmu (gwiazdy, reflektory), plus na samej górzej jeszcze jakby balkony. Na każdym poziomie na oko mieściło się spokojnie z 1 000 osób.

W skrócie mówiąc gruby melanż!!!
Około 3 ruszyliśmy się na poprawiny po urodzinach Pete Rocka, tym razem w asysćie The Beatnuts. Takie chwile, jak tańczenie w cztero-pięcioosobowym kółku o 4 rano do "Watch Out Now", "Off The Books" czy nawet "T.R.O.Y." z Psycho Lesem i Pete Rockiem, są bezcenne:)
Kosztowne imprezowanie w Nowym Jorku. Małe piwo to minimum 6 dolarów, wstęp na co lepsze imprezy to minimum kilkanaście $. Szczęśliwie wczoraj byliśmy wpisani na listę od Brand Nubian, przez co uniknęliśmy tych 25$, w innym wypadku musiałbym chyba zacząć kalkulować, bo przypominam, że ciągle nie mam pracy. Od poniedziałku jakoś desperacko chyba zacznę szukać, w sensie bardziej aktywnie.
Pozdrawiam!
Ah, postaram się to opisać możliwie krótko, bo czasu tak mało. A ciągle w wielkim szoku jestem.
Otóż wczoraj po bezskutecznym szukaniu roboty na Brooklyn Downtown i wyrabianiu Social Security Number pojechaliśmy z Dominiką, Marzeną i Lili do parku na Queens Jamaica, gdzie odbywa się co tydzień Oldschool turntablist session. Jak przyjechaliśmy, byliśmy z lekka zdziwieni - park, jak park, małe patio z gramofonami i głośnikami, 80% osób w parku siedzi sobie na ławeczce lub gra w piłkę, a pod "sceną" cziluje sobie z maksymalnie 50 typa, przy czym większość albo tańczy albo podziwia wyczyny bboyów na macie. Wszyscy czarni, czasem latino, tylko my biali.
A za dekami takie legendy, jak Grand Wizard Theodore (twórca skreczowania!), Jazzy Jay (Zulu Nation legenda) i Paul Nice. Oprócz ostatniego (mega szacunek, zbieram od pewnego czasu jego mixtape'y) goście ci bezpośrednio kształtowali brzmienie hip-hopu i mieli czynny udział w rapowej rewolucji, która rozgrywała się w latach 70-tych właśnie na tego typu jamach w nowojorskich parkach. Kiedy pisałem profile tych gości do Leksykonu, nigdy nie pomyślałem, że będzie mi dane przenieść się w czasie do tamtych lat i jakby poczuć ten klimat. Wybierając się na ten darmowy jam myślałem rano, że spotkało mnie wielkie szczęście, że w sumie zrealizuję marzenie, którego nawet nie odważyłem się mieć...
Myliłem się.
Zrealizowałem marzenie znacznie większego kalibru. Takie, którego w naj naj snach nie mógłbym mieć. Poważnie:)

Super fotki: doks.ownlog.com
A więc po wbiciu się na jam podszedłem sobie do wspomnianych gości, by pogratulować występu i zamienić kilka słów. Przy okazji wziąłem ze sobą Leksykon i pokazałem im ich profile i ogólnie całość. Nigdy nie spodziewałbym się takiego oddźwięku!!! W ciągu dosłownie kilkunastu minut moja osoba i książka wywołały tam taką furorę, że zrobiła się niemalże wrzawa! Leksykon zabierali sobie z rąk i rekomendowali nawzajem tacy goście, jak Grandmaster Caz (Cold Crush Brothers!), Grandmaster Dee (Whodini!!!), Steve Dee (twórca beat jugglingu, X-Men!) plus mnóstwo innych gości, lokalnych promotorów, bboyów, writerów. Ja im oczywiście wszystko przedstawiałem, pokazywałem ich profile (które sam pisałem, co za szok) i ogólnie mega zachwyt! Odbyłem rozmowy także z kilkoma organizatorami imprez, którzy dali mi zaproszenia i infosy o kolejnych zajebistych wydarzeniach. Dziewczyny też włączyły się do rozmowy i naprawdę nie mogliśmy uwierzyć, co się dzieje! A to był dopiero początek...
Jakoś najwięcej rozmawialiśmy chyba z Mista Sinista z X-Ecutioners. W pewnym momencie się ściemniło i padło hasło "ruszamy na urodziny Pete Rocka i DJ'a Scratcha połączone z listening party nowej płyty Boot Camp Clik. Idziecie z nami?". Mam nadzieję, że chociaż część z Was może sobie wyobrazić, jak takie zaproszenie wpłynęło na ilość waty w moich nogach. Na zamknięte urodziny hiphopowego BOGA, którego czczę od tylu lat, wraz z release party jednej z najliczniejszych, najbardziej szanowanych i najważniejszych ekip w historii ulicznego nowojorskiego rapu? Dobra, można się ostatecznie przejść.
Trudno opisać magie chwil podróży metrem, kiedy ekipa, z którą się zabraliśmy, w jakieś 7 osób po kolei wers po wersie rymowała kolejnego zwrotki "Top Billin" Audio Two, "Bring The Noise" Public Enemy, czy "Raw" Big Daddy Kane. To sobie wyobraźcie jaką sensację wywołałem płynnie włączając się w tę zabawę, jako jedyny nastolatek (większość z nich 30-40 lat), plus jeszcze biały i z Polski (Oh Poland is a beautiful city ktoś wręcz wywalił;))

Dziewczyny stanowiły jeden z największych rarytasów w klubie (nie dość że piękne, to jeszcze tylko my niemalże byliśmy tam biali), więc zaliczyły udany wieczór adorowania przez czołówkę rapowego Nowego Jorku;) Jakaś Black Chick nawet powiedziała do Doksi "Hey, teach me some dance moves!":) Klub, w którym Piotr Skała i DJ Scratch (DJ Busta Rhymesa) świętowali swoje urodziny, był obliczony chyba na max 100-150 osób, coś w stylu warszawskiego Nobo, we Wrocku nie ma nawet takich małych klubów. I całość wypełniona śmietanką nowojorskiego rapu z kręgów Pete Rocka i oczywiście cały skład BCC, czyli raperzy z Black Moona (Buckshot!), Heltah Skeltah, O.G.C. i oczywiście Smiff & Wessun. Miałem Leksykon ze sobą, to oczywiście pokazałem im to wszystko i zachwyt był równie wysoki wśród wszystkich, od wspomnianych przed chwilą przez np. Psycho Lesa z The Beatnuts, na samym Pete Rocku kończąc. Mało tego, bardzo wielu z tych raperów powiedziało mi, że MUSZĄ dostać tę książkę i ONI (!) poprosili mnie o mój numer i email, żeby mogli się odezwać. A że nie zrobiłem jeszcze amerykańskich wizytówek i byłem cały dzień na szukaniu pracy, wszyscy dostali moje angielskie RESUME (CV) z całą hiphopową przeszłością wypunktowaną na a4 (gazety, Hip Hop Kemp, Leksykon, MTV, Joytown...) oraz danymi kontaktowymi z USA. To samo CV dostali także wszyscy lokalni promotorzy, z którymi rozmawiałem, z adnotacją "If you need any support, holla at me". Byłem w takim szoku, że to wszystko się dzieje, i jeszcze tak sprawnie, że nie mogłem uwierzyć. Dziewczyny też w siódmym niebie:)
Po urodzinych Pete Rocka przenieśliśmy się z Mista Sinista i jego kolegami do innego klubu, w którym też było zajebiście, a grany był klasyczny funk z orientalnymi brzmieniami. A jak pięknie tańczyły do niego umalowane złotą farbą i cekinami latynoskie tancerki, to z powodów przyzwoitości nie opiszę.
Po wczorajszym dniu mamy teraz dylemat, bo w sobotę od 13 rano trwają: jam w hołdzie Afrika Bambaataa (na Bronksie, cały oldschool), impreza Pantene 4 Woman (na niej m.in. Goapele, MC Lyte, Mary Mary, Tyrese, Sammi) oraz Brooklyn Hip Hop Festival (Big Daddy Kane plus jego goście niespodzianki, Marley Marl, The Procussions, Sleepy Brown, Lupe Fiasco, Rhymefest...). I na wszystko mamy już bilety, trzeba będzie krążyć. Dzisiaj zaraz idziemy na release party nowej płyty Strange Fruit Project do Fat Beats Records, a potem na wielką imprezę hiphopową organizowaną przez jednego z (jak się wczoraj okazało w klubie) większych nowojorskich ogarniaczy - Zulu Jeffa, którego poznaliśmy w parku i spędziliśmy razem dużo czasu.
Pozazdrościć takich dylematów:)
Nie mam zamiaru się przejmować, że nie mam pracy i niebawem skończy mi się kasa, gdy tyle pięknych wrażeń wokół mnie. Z wielką chęcią za to wszystko zapłacę, przecież chodzi o to, żeby przeżyć życie tak, by mięć co wspaniale wspominać.
Koleżanka wczoraj przed wyjściem do pracy rzuciła "Radek, a Ty zamiast szukać pracy będziesz się włóczył po jakiś parkach po imprezach".
Kolega powiedział mi przed wyjazdem "Radek, zupełnie nie rozumiem, po co ty tam jedziesz. Masz tu pracę, wiele się dzieje".
Poniżej wpis z czwartku rano, którego nie mogłem umieścić, bo zepsuł się internet.
Rano napiszę w kilku słowach o limitowanych do ok. 150 osób urodzinach Pete Rocka i DJ'a Scratcha połączonych z listening party nowej płyty całej Boot Camp Clik, na które pojechaliśmy z Domi, Marzeną i Lili razem z X-Ecutioners po występie Grandwizarda Theodora, Jazzy Jay'a i Paula Nice'a. Było całkiem okej:)
=============================
Na zachodzie bez zmian
Wszystko ogólnie po staremu. Zrobiłem sobie listę sklepów muzycznych na Manhattan East Village i West Village (których jeszcze nie odwiedziłem) i ruszam tam dzisiaj i jutro. Jeśli zaliczę całe 30 i nie znajdę roboty, rezygnuję i aktywnie szukam innych zajęć.
Z dziewczynami śmiesznie. Ciężko upilnować 6 kobiet w chacie, ale jest z nimi bardzo wesoło. Muszę ponosić koszty w postaci pewnego ograniczenia mojego bardzo wyluzowanego stylu życia jeśli chodzi o mieszkanie (ale też bez przesady z tymi kosztami), konsumuję jednak perełki oczywistego typu zwłaszcza przy porannym zamieszaniu łazienkowym z wychodzeniem do miasta.
A propos minusów Ameryki, to moim zdaniem oszukuje się tu ludzi w pewien sposób. Otóż niemalże WSZYSTKIE ceny w supermarketach, sklepikach, restauracjach są NETTO, czyli ostatecznie trzeba zapłacić 8% więcej od podanej ceny. Nawet jak jest mega okazja, że coś jest po 99 centów, to ostatecznie płaci się 1.08 dolara. Toż to żerowanie na ludzkiej głupocie i czuję się oszukany, gdyż mam jej po kant głowy.
D, M, L, K, P, M szturmują lokalne knajpki, ja przechodzę na dietę bezobiadową, bo byle obiad to minimum 10 dolarów. Aha, panuje kultura napiwkowa i każdemu kelnerowi, fryzjerowi i taksówkarzowi TRZEBA zapłacić 20% napiwku. Czasem jest to nawet w rachunku wliczone i wyszczególnione pod pozycją "tip". Jak ktoś nie daje, to jest mega bejem. Kłuje ta kultura w moje wartości, gdyż jestem zwolennikiem dobrowalnego doceniania i nagradzania jedynie pracy, która została dobrze i profesjonalnie wykonana, a nie po prostu zrobiona (jakkolwiek). Niech ci, którzym zależy, zbierają dodatkowe owoce pracy, a partacze niech żyją z podstaw. Tako rzecze.
Picture me working McDonald's (uh uh)
I'd rather pull a mac on you
Sorry Ms. Jackson but I'm packin

Jeśli chodzi o pracę, to dalej klepię żywot bezrobotnego. Jest to sytuacja pozornie wygodna (póki jest kasa), ale i frustrująca. Od kilku lat mój normalny tryb funkcjonowania w czasie niewypoczynkowym to pełna wydajność 24/7, wiele spraw do załatwienia, nie wiem w co włożyć w ręce. A teraz mam chęć, mam energię, co więcej - mam potrzebę, a nie mogę nic z nimi zrobić, nie mogę przekuć ich na efekt. I to jest frustrujące.
Powoli się żegnam z moim marzeniem dostania pracy w sklepie muzycznym. I to nic personalnego - w większości sklepów, do których wpadam aplikować, jestem jednym z nielicznych, a czasem wręcz jedynym klientem. I sami często mówią, że w lato bryndza delikatnie mówiąc w interesie, a co się tyczy kwestii kadrowych to bardziej prawdopodbne są w związku z tym zwolnienia, a nie zatrudnianie nowych osób. Wszyscy zajawkowicze jarają się na maksa Leksykonem ("do you have it in English?"), co jest miłe, ale co z tego. Poza tym prawie zawsze, jak zawinę do jakiejś ciekawej placówki, to jestem pod takim wrażeniem, że musi minąć godzina, by nadszedł spóźniony sygnał od zdrowego rozsądku o treści "Ej koleś ogarnij się, miałeś tu przyjść starać się o pracę, a nie roztrwaniać kończącą się kasę!!!" A w takich szokach bywam, że hoho - tutejsze centra muzyczne typu Virgin Records, dedykowane cratediggerom winylarnie (wielka zajawka, że cały asortyment Murda Inc./ Rocafella / G Unit jest tam na maksymalnej przecenie i leży w koszach), czy też księgarnie, są w stanie wproawadzić w wieeeelki zachwyt.
Zostawiłem łącznie kilkanaście aplikacji w sklepach muzycznych na Manhattanie. Wypełnienie takiej pojedynczej aplikacji jest na maksa czasochłonne, minimum 30 minut, bo trzeba tam dokładnie opisać niemalże całą karierę zawodową (pracodawca, bezpośredni szef, adres, telefon, czas zatrudnienia, początkowa i ostatnia pensja, tytuł, zakres obowiązków, dlaczego zrezygnowałeś), naukową (uczelnia/szkoła, czas nauki, stopień uzyskany, średnia stopni), nawet osobistą (kontakty do przyjaciół czy innych bliskich osób, które mogą rekomendować). Plus oczywiście kwestie typu ile chcę zarabiać, w jakich godzinach w jaki dzień tygodnia pracować, skąd wiem o firmie, jakie chce stanowisko, jak się dowiedziałem o rekrutacji na to stanowisko, jakie zalety pomogą mi sprawdzić się dobrze na tym stanowisku, dlaczego chciałbym pracować w tej akurat firmie. Rzecz jasna dane osobowe (adres, mejl, telefon, Social Security Number, data i miejsce urodzenia), często też szczegóły dot. służby militarnej, zawsze kilka pytań o historię wykroczeń prawnych etc. Jak widać, na maksa czasochłonne. I nawet w sklepie spożywczym czy takim Donkey Donuts dają tak obszerną aplikacje. I po wypełnieniu takich pięciu ankiet jednego dnia można odczuwać istotne znużenie psychiczne.

A w ostatnich dniach wypełniałem znacznie więcej niż tylko do sklepów muzycznych, bo atakuje jednocześnie księgarnie, dzisiaj złożyłem też w sklepie ze zdrową żywnością, w sieci Donkin Donuts i niby w akcie totalnej desperacji (tylko i dla jaj) w lokalnej knajpie z takim oto ogłoszeniem:
Zrobiłem sobie asekuracyjnie dwie wersje CV - jedna do sklepów muzycznych, jedna do odzieżówek/ barów etc. Staram się tej drugiej jeszcze nie używać, jak to w ogóle wygląda:
Wyobraźcie sobie mnie z moją rzekomo zabawną koordynacją ruchową i "anielską cierpliwością" do wszelkich buców i chamów na którejś z tych pozycji, śmiech na sali (dosłownie). Ba, lokalni ogarniacze mówią, że na każdy rodzaj lokalu (kino, odzieżowy, księgarnia, muzyczny, gastronomia) powinno się mieć oddzielne CV z wpisami dotyczącymi tylko danej branży. To ciągle brzmi jak komedia dla mnie, ale jeszcze trochę i będzie to czarna komedia, a skończy się tragedią. Może powinienem wybrać LA i Holywood więc, skoro tak filmowo żyję:)
A żyję śmiesznie, chodzę spać około 3-4 (pracuję dla Polski, wcześniej z dziewczynami różne rzeczy), załapuję się na otwarcie polskiej giełdy (o 3.30 przypada), poobserwuję trochę notowania, budzę się w okolicach fixingu i dogrywki (tu 10:00), więc i zamknięcia doglądne:) Potem się ogarnę, podziałem w sieci, ruszam podbijać Nowy Jork i wracam na go Brooklyn, go Brooklyn, gdzie śpię na drewnianej podłodze w takim skwarze, że tęsknię za zimą. Całość myślę zajebista. Muszę jednak zrobić grupową fotę z wszystkimi dziewczynami, z którymi mieszkam, żeby wszyscy kolesie zzielenieli na maksa z zazdrości:), tak samo jak z tym:)):
Jaki plan B? Jeszcze trochę poszturmuje muzyczne (jutro biorę na celownik Brooklyn) i księgarnie, potem akcja w internecie (może jakieś eventy studenckie poprowadzić), a potem nie chcę krakać. W akcie totalnej desperacji upłynnie zostawione na polskiej giełdzie aktywa, założę sobie rachunek brokerski tutaj i będę sobie w domu spekulował na kontraktach terminowych na DJI/ Nasdaq, czy surowcach i kruszcach na Wallstreet za dnia, słuchając sobie beztrosko muzy, a wieczorem zarobioną kasę rozwalał w centrum. TO SE WYMYŚLIŁEM CO?
A propos eventów to wpadłem dzisiaj przypadkowo na taką spontaniczną akcję przed typowo amerykańską szkołą z czerwonej cegły, betonowe boiska do kosza ogrodzone siatką (wszyscy znamy to z filmów). Akcja miała na celu powstrzymanie przemocy w związkach partnerskich, nakręcało to lokalne radio hiphopowe i r&B Power 101.5, więc miało to formę takiego niby festynu (by nie napisać happeningu) z rapem, jedna babka prowadziła konkursy, DJ miksował muzykę, ktoś tam sobie grał w kosza, świetna atmosfera. Wbiłem się jako jedyny biały na plac i wygrałem tshirta. Ciekawy akcent, ot co!


+ zajebiście rozbudowane, sprawnie działające metro, klimatyzowane, nie jest zatłoczone (nigdy nie mam opcji warszawskiej pt. jakiś bej może się do mnie z konieczności przytulić i naruszają ogólnie pasażerowie strefę intymności), choć brudno jest w nim.


Okej smuty wylane poniżej, teraz trochę obserwacyjnie.



Archiwum
2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
Linki