kronikaportowa
at ownlog '05
Link 28.06.2006 :: 05:04 Komentuj (0)

Uwaga Uwaga!

 Od dzisiaj strona działa pod adresem:

http://blog.miszczak.pl

lub

 http://www.mtv.pl/blog/index.php?blogId=211
 
i tylko tam będą dochodzić nowe wpisy. Zapraszam! 



Link 27.06.2006 :: 08:11 Komentuj (3)
 
Some people go around the world for job
But they may never find what they dream of
What you won't do, do for job
You've tried everything but you don't give up
 
Kto zgadnie, z jakiej to piosenki (bez pomocy google'a!) ma u mnie piwko.
Trochę nagiąłem cytat do sytuacji, gdyż dzisiaj w poszukiwaniu chleba wziąłem moją super mapkę:
 
 
i ruszyłem na podbój sklepów muzycznych na centralnym Manhattanie. Pragnę nadmienić, że powyżej są jedynie miejsca, których a) nie obskoczyłem w cześniej b) adresy znalazłem w sieci i gazetach. Łącznie zawitałem do kilkunastu, które nie widnieją na górze. Może, gdybym pamiętał, że moim podstawowym celem każdej wizyty było pogadanie o możliwościach pracy, a nie wydanie na zajebiste płyty resztek kasy, udałoby mi się zrealizować mój mega plan obskoczenia wszystkich. Ale nie ma takiej siły, która mogłaby powstrzymać siedzące we mnie monstrum, zwłaszcza gdy znalazło się na polanach pełnych dziewic:)
 
Co tu dużo pisać, te miejsca urzekły mnie całkowicie. Szczególnie takie pozornie małe sklepiki, które z zewnątrz przypominają masakryczne chłodnie z trupami tanich horrorów klasy Z, ze względu na wąskie schodki prowadzące zagadkowo z ulicy do ciemniej piwnicy, w której leżą obok siebie stosy zakurzonych, kilkudziesięcioletnich płyt winylowych:)
 
Światełko typu "OGARNIJ SIĘ!!!" zapalało mi się średnio po 30 minutach w każdym takim przybytku. Gdyby żaróweczka się przepaliła, to bym chyba do śmierci głodowej tam siedział. W szoku, tyle tysięcy płyt z klasycznym soulem, funkiem, disco, dance, rockiem, jazzem, bluesem (większość tych sklepików to szyldy "we buy & sell vinyls"), że aby to przesłuchać wszystko, potrzeba kilkudziesięciu lat. Miałem w rękach płyty, o których dotychczas mogłem tylko marzeć, słyszeć o nich, żyć legendą. I żadne tam wznowienia. Niestety większość tych białych kruków to minimum 30 dolarów, więc z racji z nadchodzącym niechybnie widmem głodu i eksmisji byłem zmuszony wertować skrzynie z napisem EACH ONE 1$. A że w każdym ze sklepów pare takich skrzyni, to zeszło sporo czasu! Ale opłacało się, wygrzebałem kilkanaście bardzo różnych smakołyków, od remiksów "That's the way love goes" Janet Jackson, przez koncert George'a Bensona, na albumie Davida Axelroda kończąc.
 
 A najlepsze, że już styrany tą wycieczką wchodzę do jednego z największych takich sklepów, zagajam gadkę ze sprzedawcą i on mi mówi "man, you goota find out our second shop on brooklyn, it's 6 time bigger than this".
 
Widziałem "OK Computer" Radiohead na winylu za 40 i potem za 30 dolarów i mnóstwo innych płyt, o których zawsze marzyłem na wosku. I obiecałem sobie, że wrócę tam niebawem i wszystko wykupię.
 
Pytanie tylko, za co, bo za pieniądze zarobione w sklepie muzycznym to raczej nie. Nic personalnego, 100% menedżerów z którymi rozmawiałem mówiło mi rzeczy w stylu "We're not hiring anyone anymore, moreover we're reducing our staff" czy "this is a dying business".  Doskonale ich rozumiem, bo w bardzo sporej ilości tych sklepów byłem jedynym klientem w danej chwili. Smutna prawda, nikt nie kupuje już płyt, oprócz kilku nagrzanych freaków, wszyscy mają teraz ipody i inne mp3playery, internet i głęboko gdzieś mają wydawanie "niepotrzebnej" kasy na kasety (!!!), czy płyty CD, a winyle zostają zajawką wąskiej grupy kolekcjonerów i didżejów. Boli mnie to niezmiernie jako oddanego pasjonata muzycznego, bo czuję w powietrzu rychły upadek całego przemysłu muzycznego, przede wszystkim wytwórni i sklepów.
 
Popróbuję jeszcze jutro te pozostałe sklepy, by mieć czyste sumienie, że spróbowałem wszystkiego. Ale nie liczę na cuda i myślę powoli o zmianie branży.
 
Koleżanka pracuje w barze i przykładowo wczoraj zarobiła 150 dolarów z napiwków, a to był bodajże jej pierwszy dzień pracy. Taka kasa przemawia do wyobraźni, nie ma co. Ale osobiście mam takie wewnętrzne bariery przed w ogóle rozważeniem pracy w gastronomii etc., że traktuje to ciąglę jako coś zupełnie nieakceptowalnego. Wyobraźcie sobie, że bardzo spora część kelnerów pracuje za darmo, tzn pracodawca nie daje im nic, a co uzyskają z napiwków, to ich. Czyli jakby utrzymywanie się z cudzej łaski. Nie podoba mi się ta kultura napiwkowania, poważnie nie byłbym w stanie zagryźć zębów i zgodzić się na takie reguły wynagradzania, jaka by nie była za to kasa. Kolega mi oferuje odbieranie zamówień w pizerii za 7 dolarów za godzinę. Świadomość wiedzy, doświadczenia, talentu i przekonania o własnej wartości po prostu nie pozwala mi tego przyjąć. Dzisiaj:)
Będę próbował do skutku w bardziej zajawkowych branżach, jak się nie uda, no to zacisnę te zęby. Przeżycia, które tu mam, rekompensują mi wszelkie możliwe do wyliczenia materialnego niedogodności, czym tu się przejmować.
 
Ludzie czasem się boją opuścić własne miasto/kraj na rzecz czegoś większego, bo o ile w lokalnym środowisku mogą być kimś, tam wyżej są pikusiami, jakich tysiące. Mówie np. o studentach wyjeżdżających na studia do innych miast etc.  Moim zdaniem zdecydowanie warto, gdy jest możliwość oczywiście, bo to niesamowita szansa na wspięcię się na wyższy poziom (w każdym aspekcie życia!), niż już ten osiągnięty.
 
Poniżej kilka fotek ze sklepów. Przepraszam za jakość, nie znam się na fotografii, zwłaszcza komórkowej. Niech dadzą tylko takie wrażenie o tych klimatycznych sklepikach, o których pisałem na początku. Pokój.

  
 
 
 







Link 25.06.2006 :: 22:19 Komentuj (6)

B-Sides and Bootlegs vol.1

Okej mam chwilkę czasu, to zamiast kolejnych wylewnych wpisów (oszukali mnie!), kilka zaległych fotek z komentarzami.

 
"Cha Cha Cha"
 
 
"Legendarny" Fat Beats. Nieprzypadkowo w cudzysłowiu. 

 
 
Pojawiły się głosy, że zamiast szukać pracy włóczę się po koncertach i imprezach. Niniejszym dementuję. 
 
 
Kupiłem sobie płytę Heavy D & The Boyz z moim ulubionym numerem "I got nuthin' but love for you honeys". Prawda.
 
 
Jeśli mam od uroczych hostess dostawać TAKIE prezenty, to się zgadzam. 
 
 
Brooklyn Bridge po raz pierwszy zobaczyłem na okładce pierwszego Jeru. Nigdy nie pomyślałbym, że kilka lat później będę zerkał na niego od dołu, słuchając koncertów czołówki klasycznego nowojorskiego rapu. Zajebiście.


Link 25.06.2006 :: 04:56 Komentuj (11)

Moi Drodzy!

Przepraszam, jeśli ten pamiętniczek brzmi jak jakiś pieprzony amerykański sen, ale tak to chyba wygląda!:)

 
Fotki autorstwa nadwornej Pani Fotograf doks.ownlog.com
Od góry Goapele (afrykańska bogini) i MC Lyte.

Dzisiaj oszczędziłem sobie szukanie pracy na rzecz koncertów i spotkania z Goapele i MC Lyte. Zaszczyt niesamowity, jak ja podziwiam te Kobiety! Całość miała miejsce w ramach trasy Pantene Total You, czyli takiego wielkiego spędu dla kobiet, a tam informacje o kosmetykach, zdrowym odżywianiu się, higienie, facetach, wsparciu samotnych matek, dyskryminacji kobiecej etc, no i występy (Tyrese i Sammi sobie odpuściłem, no homo!)...

Tym samym w hali 3A budynku Javits Center (największy budynek, w jakim byłem: centrum targowe, w nim z siedem takich pawilonów, a każdy wielkości niemalże Hali Ludowej, szok) pojawiło się jakieś 2 000 czarnych kobiet i naliczyłem maksymalnie kilkunastu mężczyzn:) Wyjątkowym wydarzeniem dnia był pokaz mody, w którym wzięły udział te wielkie babki (uwierzcie mi Kochane, każda Wasza fobia o byciu jakkolwiek "grubą" to nieprzyzwoita przesada), z monstrualnie wielkimi ciałami. Pierwszej z nich po wejściu na scenę dosłownie wylał się ze stanika taki olbrzymi cycek;), za co na wstępie zyskała moją sympatię. Popieram takie inicjatywy mocno, bo te Kobiety musiały być bardzo silne wewnętrznie, by zaakceptować siebie takimi, jakie są i pokazać to na zewnątrz.

Ale ta otyłość to poważny problem Ameryki serio. Co najśmieszniejsze, wszystkie te fastfoodownie są zapchane tymi wielkimi ludźmi. Początkowo mnie to dziwiło, myślałem: "Jak to? Taki duży i dalej je big maki?", ale z biegiem czasu Marzena uświadomiła mi istotę: "Słuchaj, oni wiedzą, że już nigdy nie schudną, więc robią już tylko to, co lubią najbardziej - WPIERDALAJĄ!!!"

Wracając do tematu.

Moja magiczna książka otworzyła mi drogę do kulis 2nd Annual Brooklyn Hip Hop Festival, gdzie przybiłem pionę i zebrałem podpisy do mojego blackbooka od takich wymiataczy, jak m.in. Rhymefest, Big Daddy Kane (SZOK!) i Talib Kweli. Gdy gadałem z tym ostatnim, przypomniały mi się lata 1998-2000, które w dużej części poświęciłem na wyjątkowo staranne śledzenie kariery tego gościa, ściąganie WSZYSTKICH, nawet najbardziej egzotycznych kawałków z jego gościnnym udziałem, czytaniem wywiadów. Był moim największym idolem, do tej pory go mocno szanuję. Miły dreszczyk emocji, gdy po przejrzeniu Leksykonu wpisał mi się "Good work, Radek!"

A same koncerty również zajebiste. Z tych, co zobaczyłem grali m.in. C.L. Smooth, Craig G i Kweli, Big Daddy Kane, Just Ice. Spóźniłem się na Strange Fruit Project, The Procussions, Sleepy'ego Browna i Buckshota, niestety.

Miejsce festiwalu to jakieś stare magazyny z czerwonej cegły pod Brooklyn Bridge, genialne miejscówka. Szkoda tylko, że to właśnie dzisiaj musiał padać deszcz, który w Nowym Jorku nie pada. I np. lał cham niemiłosiernie o 8 rano, kiedy po godzinie snu odprowadzałem w klapkach Lili na taksówkę na lotnisko i wróciłem nie dość, że na kacu, to jeszcze cały mokry. Upadki i wzloty:)

Hmm, z jednej strony chcę się dzielić tymi przeżyciami, z drugiej przykro mi, jeżeli kogoś wprowadzam  nimi w depresję.W ramach rekompensaty proszę dajcie znać, to nakupię tu Prozacu - jako że jest tu bardziej popularny, to i pewnie tańszy.
Słowo.



Link 24.06.2006 :: 19:46 Komentuj (4)

Podbijania hiphopowego Nowego Jorku ciąg dalszy:)

 

Uwaga, uwaga, impreza tak ekskluzywna, że bawił się na niej 2pac!:) 

 

Wczorajszy wieczór był mocny. Zaczęło się od spotkania ze Strange Fruit Project w Fat Beats, później małe skakanie po sklepach z winylami (nawet Dośkę namówiłem na kupno kilku pierwszych sztuk dla siebie, sam zakupiłem "Sex & Violence" BDP, debiut Brand Nubian, "Death Certificate" Ice Cube'a, wspólny numer Victorii Beckham i M.O.P. (!), plus kilka innych wypasów za grosze), a na końcu impreza.

 

 


 

 Zaczęło się od takiej klubowej, wyjątkowo klimatycznej nasiadówy w miejscu o nazwie The Doors Lounge. Po tym, jak poznałem się bliżej z purple haze, ruszyliśmy na listening party solowej płyty Lorda Jamala z Brand Nubian. Klub, w którym całość miała miejsce, był chyba największym obiektem imprezowym, jaki widziałem. I najlepszym. Łącznie cztery poziomy: na samym dole takie perfidne piwniczne imprezowanie w dosłownie podziemnym klimacie, parter to wielki parkiet i czarne striptizerki tańczące na barze, pierwsze piętro to wielka scena niczym z hollywoodzkiego filmu (gwiazdy, reflektory), plus na samej górzej jeszcze jakby balkony. Na każdym poziomie na oko mieściło się spokojnie z 1 000 osób.

 

 

 W skrócie mówiąc gruby melanż!!!

 Około 3 ruszyliśmy się na poprawiny po urodzinach Pete Rocka, tym razem w asysćie The Beatnuts. Takie chwile, jak tańczenie w cztero-pięcioosobowym kółku o 4 rano do "Watch Out Now", "Off The Books" czy nawet "T.R.O.Y." z Psycho Lesem i Pete Rockiem, są bezcenne:)

 Kosztowne imprezowanie w Nowym Jorku. Małe piwo to minimum 6 dolarów, wstęp na co lepsze imprezy to minimum kilkanaście $. Szczęśliwie wczoraj byliśmy wpisani na listę od Brand Nubian, przez co uniknęliśmy tych 25$, w innym wypadku musiałbym chyba zacząć kalkulować, bo przypominam, że ciągle nie mam pracy. Od poniedziałku jakoś desperacko chyba zacznę szukać, w sensie bardziej aktywnie.

 Pozdrawiam!



Link 23.06.2006 :: 22:06 Komentuj (5)

Ah, postaram się to opisać możliwie krótko, bo czasu tak mało. A ciągle w wielkim szoku jestem.

Otóż wczoraj po bezskutecznym szukaniu roboty na Brooklyn Downtown i wyrabianiu Social Security Number pojechaliśmy z Dominiką, Marzeną i Lili do parku na Queens Jamaica, gdzie odbywa się co tydzień Oldschool turntablist session. Jak przyjechaliśmy, byliśmy z lekka zdziwieni - park, jak park, małe patio z gramofonami i głośnikami, 80% osób w parku siedzi sobie na ławeczce lub gra w piłkę, a pod "sceną" cziluje sobie z maksymalnie 50 typa, przy czym większość albo tańczy albo podziwia wyczyny bboyów na macie. Wszyscy czarni, czasem latino, tylko my biali.

A za dekami takie legendy, jak Grand Wizard Theodore (twórca skreczowania!), Jazzy Jay (Zulu Nation legenda) i Paul Nice. Oprócz ostatniego (mega szacunek, zbieram od pewnego czasu jego mixtape'y) goście ci bezpośrednio kształtowali brzmienie hip-hopu i mieli czynny udział w rapowej rewolucji, która rozgrywała się w latach 70-tych właśnie na tego typu jamach w nowojorskich parkach. Kiedy pisałem profile tych gości do Leksykonu, nigdy nie pomyślałem, że będzie mi dane przenieść się w czasie do tamtych lat i jakby poczuć ten klimat. Wybierając się na ten darmowy jam myślałem rano, że spotkało mnie wielkie szczęście, że w sumie zrealizuję marzenie, którego nawet nie odważyłem się mieć...

Myliłem się.

Zrealizowałem marzenie znacznie większego kalibru. Takie, którego w naj naj snach nie mógłbym mieć. Poważnie:)

 

Super fotki: doks.ownlog.com


A więc po wbiciu się na jam podszedłem sobie do wspomnianych gości, by pogratulować występu i zamienić kilka słów. Przy okazji wziąłem ze sobą Leksykon i pokazałem im ich profile i ogólnie całość. Nigdy nie spodziewałbym się takiego oddźwięku!!! W ciągu dosłownie kilkunastu minut moja osoba i książka wywołały tam taką furorę, że zrobiła się niemalże wrzawa! Leksykon zabierali sobie z rąk i rekomendowali nawzajem tacy goście, jak Grandmaster Caz (Cold Crush Brothers!), Grandmaster Dee (Whodini!!!), Steve Dee (twórca beat jugglingu, X-Men!) plus mnóstwo innych gości, lokalnych promotorów, bboyów, writerów. Ja im oczywiście wszystko przedstawiałem, pokazywałem ich profile (które sam pisałem, co za szok) i ogólnie mega zachwyt! Odbyłem rozmowy także z kilkoma organizatorami imprez, którzy dali mi zaproszenia i infosy o kolejnych zajebistych wydarzeniach. Dziewczyny też włączyły się do rozmowy i naprawdę nie mogliśmy uwierzyć, co się dzieje! A to był dopiero początek...


Jakoś najwięcej rozmawialiśmy chyba z Mista Sinista z X-Ecutioners. W pewnym momencie się ściemniło i padło hasło "ruszamy na urodziny Pete Rocka i DJ'a Scratcha połączone z listening party nowej płyty Boot Camp Clik. Idziecie z nami?". Mam nadzieję, że chociaż część z Was może sobie wyobrazić, jak takie zaproszenie wpłynęło na ilość waty w moich nogach. Na zamknięte urodziny hiphopowego BOGA, którego czczę od tylu lat, wraz z release party jednej z najliczniejszych, najbardziej szanowanych i najważniejszych ekip w historii ulicznego nowojorskiego rapu? Dobra, można się ostatecznie przejść.

Trudno opisać magie chwil podróży metrem, kiedy ekipa, z którą się zabraliśmy, w jakieś 7 osób po kolei wers po wersie rymowała kolejnego zwrotki "Top Billin" Audio Two, "Bring The Noise" Public Enemy, czy "Raw" Big Daddy Kane. To sobie wyobraźcie jaką sensację wywołałem płynnie włączając się w tę zabawę, jako jedyny nastolatek (większość z nich 30-40 lat), plus jeszcze biały i z Polski (Oh Poland is a beautiful city ktoś wręcz wywalił;))

 

 

Dziewczyny stanowiły jeden z największych rarytasów w klubie (nie dość że piękne, to jeszcze tylko my niemalże byliśmy tam biali), więc zaliczyły udany wieczór adorowania przez czołówkę rapowego Nowego Jorku;) Jakaś Black Chick nawet powiedziała do Doksi "Hey, teach me some dance moves!":) Klub, w którym Piotr Skała i DJ Scratch (DJ Busta Rhymesa) świętowali swoje urodziny, był obliczony chyba na max 100-150 osób, coś w stylu warszawskiego Nobo, we Wrocku nie ma nawet takich małych klubów. I całość wypełniona śmietanką nowojorskiego rapu z kręgów Pete Rocka i oczywiście cały skład BCC, czyli raperzy z Black Moona (Buckshot!), Heltah Skeltah, O.G.C. i oczywiście Smiff & Wessun. Miałem Leksykon ze sobą, to oczywiście pokazałem im to wszystko i zachwyt był równie wysoki wśród wszystkich, od wspomnianych przed chwilą przez np. Psycho Lesa z The Beatnuts, na samym Pete Rocku kończąc. Mało tego, bardzo wielu z tych raperów powiedziało mi, że MUSZĄ dostać tę książkę i ONI (!) poprosili mnie o mój numer i email, żeby mogli się odezwać. A że nie zrobiłem jeszcze amerykańskich wizytówek i byłem cały dzień na szukaniu pracy, wszyscy dostali moje angielskie RESUME (CV) z całą hiphopową przeszłością wypunktowaną na a4 (gazety, Hip Hop Kemp, Leksykon, MTV, Joytown...) oraz danymi kontaktowymi z USA. To samo CV dostali także wszyscy lokalni promotorzy, z którymi rozmawiałem, z adnotacją "If you need any support, holla at me". Byłem w takim szoku, że to wszystko się dzieje, i jeszcze tak sprawnie, że nie mogłem uwierzyć. Dziewczyny też w siódmym niebie:)

Po urodzinych Pete Rocka przenieśliśmy się z Mista Sinista i jego kolegami do innego klubu, w którym też było zajebiście, a grany był klasyczny funk z orientalnymi brzmieniami. A jak pięknie tańczyły do niego umalowane złotą farbą i cekinami latynoskie tancerki, to z powodów przyzwoitości nie opiszę.

Po wczorajszym dniu mamy teraz dylemat, bo w sobotę od 13 rano trwają: jam w hołdzie Afrika Bambaataa (na Bronksie, cały oldschool), impreza Pantene 4 Woman (na niej m.in. Goapele, MC Lyte, Mary Mary, Tyrese, Sammi) oraz Brooklyn Hip Hop Festival (Big Daddy Kane plus jego goście niespodzianki, Marley Marl, The Procussions, Sleepy Brown, Lupe Fiasco, Rhymefest...). I na wszystko mamy już bilety, trzeba będzie krążyć. Dzisiaj zaraz idziemy na release party nowej płyty Strange Fruit Project do Fat Beats Records, a potem na wielką imprezę hiphopową organizowaną przez jednego z (jak się wczoraj okazało w klubie) większych nowojorskich ogarniaczy - Zulu Jeffa, którego poznaliśmy w parku i spędziliśmy razem dużo czasu.

Pozazdrościć takich dylematów:)

Nie mam zamiaru się przejmować, że nie mam pracy i niebawem skończy mi się kasa, gdy tyle pięknych wrażeń wokół mnie. Z wielką chęcią za to wszystko zapłacę, przecież chodzi o to, żeby przeżyć życie tak, by mięć co wspaniale wspominać.

Koleżanka wczoraj przed wyjściem do pracy rzuciła "Radek, a Ty zamiast szukać pracy będziesz się włóczył po jakiś parkach po imprezach".

Kolega powiedział mi przed wyjazdem "Radek, zupełnie nie rozumiem, po co ty tam jedziesz. Masz tu pracę, wiele się dzieje".



Link 23.06.2006 :: 09:21 Komentuj (4)

Poniżej wpis z czwartku rano, którego nie mogłem umieścić, bo zepsuł się internet.

Rano napiszę w kilku słowach o limitowanych do ok. 150 osób urodzinach Pete Rocka i DJ'a Scratcha połączonych z listening party nowej płyty całej Boot Camp Clik, na które pojechaliśmy z Domi, Marzeną i Lili razem z X-Ecutioners po występie Grandwizarda Theodora, Jazzy Jay'a i Paula Nice'a. Było całkiem okej:)


=============================

Na zachodzie bez zmian

Wszystko ogólnie po staremu. Zrobiłem sobie listę sklepów muzycznych na Manhattan East Village i West Village (których jeszcze nie odwiedziłem) i ruszam tam dzisiaj i jutro. Jeśli zaliczę całe 30 i nie znajdę roboty, rezygnuję i aktywnie szukam innych zajęć.

Z dziewczynami śmiesznie. Ciężko upilnować 6 kobiet w chacie, ale jest z nimi bardzo wesoło. Muszę ponosić koszty w postaci pewnego ograniczenia mojego bardzo wyluzowanego stylu życia jeśli chodzi o mieszkanie (ale też bez przesady z tymi kosztami), konsumuję jednak perełki oczywistego typu zwłaszcza przy porannym zamieszaniu łazienkowym z wychodzeniem do miasta.

A propos minusów Ameryki, to moim zdaniem oszukuje się tu ludzi w pewien sposób. Otóż niemalże WSZYSTKIE ceny w supermarketach, sklepikach, restauracjach są NETTO, czyli ostatecznie trzeba zapłacić 8% więcej od podanej ceny. Nawet jak jest mega okazja, że coś jest po 99 centów, to ostatecznie płaci się 1.08 dolara. Toż to żerowanie na ludzkiej głupocie i czuję się oszukany, gdyż mam jej po kant głowy.


D, M, L, K, P, M szturmują lokalne knajpki, ja przechodzę na dietę bezobiadową, bo byle obiad to minimum 10 dolarów. Aha, panuje kultura napiwkowa i każdemu kelnerowi, fryzjerowi i taksówkarzowi TRZEBA zapłacić 20% napiwku. Czasem jest to nawet w rachunku wliczone i wyszczególnione pod pozycją "tip". Jak ktoś nie daje, to jest mega bejem. Kłuje ta kultura w moje wartości, gdyż jestem zwolennikiem dobrowalnego doceniania i nagradzania jedynie pracy, która została dobrze i profesjonalnie wykonana, a nie po prostu zrobiona (jakkolwiek). Niech ci, którzym zależy, zbierają dodatkowe owoce pracy, a partacze niech żyją z podstaw. Tako rzecze.



Link 21.06.2006 :: 07:02 Komentuj (4)


"Lifestyle of the rich and famous, Robin Leach would get jealous" - KONIECZNIE OBEJRZYJ:)!

Picture me working McDonald's (uh uh)
I'd rather pull a mac on you
Sorry Ms. Jackson but I'm packin

Jay-Z - "Get By (Remix)" ft. Talib Kweli, Mos Def, Kanye West, Busta Rhymes
 

Jeśli chodzi o pracę, to dalej klepię żywot bezrobotnego. Jest to sytuacja pozornie wygodna (póki jest kasa), ale i frustrująca. Od kilku lat mój normalny tryb funkcjonowania w czasie niewypoczynkowym to pełna wydajność 24/7, wiele spraw do załatwienia, nie wiem w co włożyć w ręce. A teraz mam chęć, mam energię, co więcej - mam potrzebę, a nie mogę nic z nimi zrobić, nie mogę przekuć ich na efekt. I to jest frustrujące.

Powoli się żegnam z moim marzeniem dostania pracy w sklepie muzycznym. I to nic personalnego - w większości sklepów, do których wpadam aplikować, jestem jednym z nielicznych, a czasem wręcz jedynym klientem. I sami często mówią, że w lato bryndza delikatnie mówiąc w interesie, a co się tyczy kwestii kadrowych to bardziej prawdopodbne są w związku z tym zwolnienia, a nie zatrudnianie nowych osób. Wszyscy zajawkowicze jarają się na maksa Leksykonem ("do you have it in English?"), co jest miłe, ale co z tego. Poza tym prawie zawsze, jak zawinę do jakiejś ciekawej placówki, to jestem pod takim wrażeniem, że musi minąć godzina, by nadszedł spóźniony sygnał od zdrowego rozsądku o treści "Ej koleś ogarnij się, miałeś tu przyjść starać się o pracę, a nie roztrwaniać kończącą się kasę!!!" A w takich szokach bywam, że hoho - tutejsze centra muzyczne typu Virgin Records, dedykowane cratediggerom winylarnie (wielka zajawka, że cały asortyment Murda Inc./ Rocafella / G Unit jest tam na maksymalnej przecenie i leży w koszach), czy też księgarnie, są w stanie wproawadzić w wieeeelki zachwyt.

Zostawiłem łącznie kilkanaście aplikacji w sklepach muzycznych na Manhattanie. Wypełnienie takiej pojedynczej aplikacji jest na maksa czasochłonne, minimum 30 minut, bo trzeba tam dokładnie opisać niemalże całą karierę zawodową (pracodawca, bezpośredni szef, adres, telefon, czas zatrudnienia, początkowa i ostatnia pensja, tytuł, zakres obowiązków, dlaczego zrezygnowałeś), naukową (uczelnia/szkoła, czas nauki, stopień uzyskany, średnia stopni), nawet osobistą (kontakty do przyjaciół czy innych bliskich osób, które mogą rekomendować). Plus oczywiście kwestie typu ile chcę zarabiać, w jakich godzinach w jaki dzień tygodnia pracować, skąd wiem o firmie, jakie chce stanowisko, jak się dowiedziałem o rekrutacji na to stanowisko, jakie zalety pomogą mi sprawdzić się dobrze na tym stanowisku, dlaczego chciałbym pracować w tej akurat firmie. Rzecz jasna dane osobowe (adres, mejl, telefon, Social Security Number, data i miejsce urodzenia), często też szczegóły dot. służby militarnej, zawsze kilka pytań o historię wykroczeń prawnych etc. Jak widać, na maksa czasochłonne.  I nawet w sklepie spożywczym czy takim Donkey Donuts dają tak obszerną aplikacje. I po wypełnieniu takich pięciu ankiet jednego dnia można odczuwać istotne znużenie psychiczne.

A w ostatnich dniach wypełniałem znacznie więcej niż tylko do sklepów muzycznych, bo atakuje jednocześnie księgarnie, dzisiaj złożyłem też w sklepie ze zdrową żywnością, w sieci Donkin Donuts i niby w akcie totalnej desperacji (tylko i dla jaj) w lokalnej knajpie z takim oto ogłoszeniem:

Zrobiłem sobie asekuracyjnie dwie wersje CV - jedna do sklepów muzycznych, jedna do odzieżówek/ barów etc. Staram się tej drugiej jeszcze nie używać, jak to w ogóle wygląda:

Wyobraźcie sobie mnie z moją rzekomo zabawną koordynacją ruchową i "anielską cierpliwością" do wszelkich buców i chamów na którejś z tych pozycji, śmiech na sali (dosłownie). Ba, lokalni ogarniacze mówią, że na każdy rodzaj lokalu (kino, odzieżowy, księgarnia, muzyczny, gastronomia) powinno się mieć oddzielne CV z wpisami dotyczącymi tylko danej branży. To ciągle brzmi jak komedia dla mnie, ale jeszcze trochę i będzie to czarna komedia, a skończy się tragedią. Może powinienem wybrać LA i Holywood więc, skoro tak filmowo żyję:)

A żyję śmiesznie, chodzę spać około 3-4 (pracuję dla Polski, wcześniej z dziewczynami różne rzeczy), załapuję się na otwarcie polskiej giełdy (o 3.30 przypada), poobserwuję trochę notowania, budzę się w okolicach fixingu i dogrywki (tu 10:00), więc i zamknięcia doglądne:) Potem się ogarnę, podziałem w sieci, ruszam podbijać Nowy Jork i wracam na go Brooklyn, go Brooklyn, gdzie śpię na drewnianej podłodze w takim skwarze, że tęsknię za zimą. Całość myślę zajebista. Muszę jednak zrobić grupową fotę z wszystkimi dziewczynami, z którymi mieszkam, żeby wszyscy kolesie zzielenieli na maksa z zazdrości:), tak samo jak z tym:)):

Klik klik

Jaki plan B? Jeszcze trochę poszturmuje muzyczne (jutro biorę na celownik Brooklyn) i księgarnie, potem akcja w internecie (może jakieś eventy studenckie poprowadzić), a potem nie chcę krakać. W akcie totalnej desperacji upłynnie zostawione na polskiej giełdzie aktywa, założę sobie rachunek brokerski tutaj i będę sobie w domu spekulował na kontraktach terminowych na DJI/ Nasdaq, czy surowcach i kruszcach na Wallstreet za dnia, słuchając sobie beztrosko muzy, a wieczorem zarobioną kasę rozwalał w centrum. TO SE WYMYŚLIŁEM CO?

A propos eventów to wpadłem dzisiaj przypadkowo na taką spontaniczną akcję przed typowo amerykańską szkołą z czerwonej cegły, betonowe boiska do kosza ogrodzone siatką (wszyscy znamy to z filmów). Akcja miała na celu powstrzymanie przemocy w związkach partnerskich, nakręcało to lokalne radio hiphopowe i r&B Power 101.5, więc miało to formę takiego niby festynu (by nie napisać happeningu) z rapem, jedna babka prowadziła konkursy, DJ miksował muzykę, ktoś tam sobie grał w kosza, świetna atmosfera. Wbiłem się jako jedyny biały na plac i wygrałem tshirta. Ciekawy akcent, ot co!

 


W domu trochę lepiej, przyjechały dwie superowe koleżanki moje. Z jedną znam się ze studiów od 3 lat, mieszkaliśmy nawet razem jakiś czas, drugą poznałem jakieś 8 (!) lat temu w Internecie na #thaclanie (ktoś to jeszcze pamięta?), ostatnio odnowiliśmy znajomość i proszę oto spotykamy się na Brooklynie. Także w mieszkaniu już jest 6 kobiet, więc zgodnie z polskim przysłowiem nie ma co jeść.

A propos jedzenia to muszę zacytować NAJLEPSZY TEKST DNIA ALBO I TYGODNIA!!!

Jedna z koleżanek, które przyjechały, jest wyjątkowo wrażliwą na kwestie ochrony roślinek i zwierzątek osóbką. Bulwersuje się, jak podpuszczam ją w kwestiach testowania dezodorantów na królikach etc. A jednocześnie jest dość (delikatnie to ujmując) sceptyczna rasowo;) No więc wyobraźcie sobie, co się dzieje, gdy zabieram ją na spacer po dzielnicy w 1/3 zamieszkanej przez czarnych i latynosów, w 1/3 przez Azjatów, w 1/3 przez białych (głównie Rosjan). Kilka kroków i proszę, stoi sobie chińska knajpa. Pada komentarz "o rany ile skosów!!!" Ja już się łapie za brzuch (co to w ogóle za beznadziejne sformułowanie,wcześniej padło nawet "murzynowo" jako określnie dzielnicy), ale najlepsze dopiero przede mną. Przed knajpą stał jej pracownik, a tuż przy wejściu był taki ruszt z różnymi wędlinami. Niecodziennie wyglądały te wędliny, nie powiem. Koleżanka więc tak z przekorą wywala do Chińczyka "Hey, do you have any dogs in here"?. I teraz najlepsze: typ się odwraca, zerka na ten ruszt, po czym zwraca się do niej zupełnie poważnym stonowanym głosem "I'm sorry miss, sold out".
Jak bym był tam sam, to bym chyba padł na ziemie ze śmiechu, ale jak jeszcze dodatkowo zobaczyłem wyraz twarzy mojej kochającej zwierzaczki koleżanki, to już w ogóle nie miałem pytań:))))))))))))))

 

 
Tomek słusznie zauważył, że pod koniec każdego wpisu mogę plusy i minusy wypisywać tego całego Nowego Jorku. No to start po dzisiaj:

+ zajebiście rozbudowane, sprawnie działające metro, klimatyzowane, nie jest zatłoczone (nigdy nie mam opcji warszawskiej pt. jakiś bej może się do mnie z konieczności przytulić i naruszają ogólnie pasażerowie strefę intymności), choć brudno jest w nim.


+ wyjątkowo luźny ruch uliczny. Jestem w mega szoku, bo po ulicach prawie w ogólnie nie jeżdżą samochody. Nawet w godzinach szczytu i to na Manhatannie no dosłownie nic się nie dzieje! W Stanach można ogólnie przechodzić na czerwonym świetle, jak nie jadą fury. To ja przykładowo częściej chodzę na czerwonym niż zielonym (tu: białym). A jak już jeżdżą samochody. to nie uświadczy nawet sprawne oko malucha, trabanta czy lokalnych odpowiedników: przede wsztstkim zajebiste jeepy, limuzyny i sportowe. Moje zajaranie kwestią samochodów jest ogólnie rzecz biorąc znikome, więc jak jestem pod wrażeniem, to serio jest okej pod tym względem.

- można to ując dwojako: "Sfera zapachowa Nowego Jorku może wprowawadzać u osób o czułym zmyśle powonienia uczucie swoistego dyskomfortu wewnętrznego". Ja wolę jednak ująć to tak: "ALE JEBIE!!!!!!!!!!!" Smród na ulicach (szczególnie na Brooklynie, ale Manhattan też niczego sobie) i wielokrotnie w metrze tak często jest nie do zniesienia, że wymiękam.

- chwiejna karma nowojorskiego przechodnia. Po ulicach NON STOP napieprzają na sygnałach hordy radiowozów, wozów pożarnych, karetki, takie wielkie świnie policyjne NYPD. Szanse na głęboką refleksje wewnętrzną w takich warunkach są chwiejne. Poza tym pożary, zagrożenia. Teraz świeża jest sprawa ujawnienia planów Al Kaidy zagazowania śmiercionośnym gazem (opisanym pod względem siły rażenia jako odpowiednik bomby atomowej) nowojorskiego metra w grudniu 2003, więc atmosferka podkręcona.

Tyle na dziś, wracam do Kobiet czynić swą powinność, by nie czuły się zawiedzione (jest około 3, ale wpis mogę wrzucić rano, bo się net wiesza).

Dojadą do nas jeszcze trzy koleżanki (Dżejgo podejdź!), więc może być jeszcze weselej.

Jak to mówią "Pimpin' ain't easy, but it is for us".

Pozdrawiam!



Link 19.06.2006 :: 20:19 Komentuj (10)

Okej smuty wylane poniżej, teraz trochę obserwacyjnie.

  • jak można żyć w takim upale!!! Jest taki żar (prawie jak tropików), że się właśnie nie da żyć:) Non stop słońce nawala, plus jeszcze ciągle mnie straszą "HUMIDEM", czyli pewnie wilgotnością, który podobno jest najgorszy i lada moment nadejdzie na kilka tygodni. Deszcz nie pada podobno w ogóle. Muszę zainwestować w jakiś wentylator, bo zdechnę.
  • Ambition makes you look pretty ugly. Tak śpiewał Thom Yorke w kawałku "Paranoid Android" z jednej z moich ulubionych płyt "OK Computer" Radiohead. A co ma piernik? Jestem przerażony, jak ludzie rezygnują z ambicji, by żyć tym amerykańskim snem. Znam tu koleżkę po filologii, który w Polsce uczył kilka lat w szkole, pracował w agencjach reklamowych. Tutaj zarabia na życie krojąc wędlinę w sklepie spożywczym na Greenpointcie. Wspólnie z nim w sklepie pracuje polski chirurg. Mój inny koleżka smaży frytki, a z nim hamburgery w folię zawija wykształcony polski prawnik.
    Co ciekawe, pracując na takich pozycjach, mogą sobie tutaj żyć dość tłusto, wydawać tygodniowo kilkaset (!) dolarów na winyle etc. Pracują ciężko, ale ich stać.
  • Patrzę na to z przerażeniem. I jednocześnie sam się zastanawiam, czy dostanę jakąś robotę odpowiadającą moim kompetencjom chociaż śladowo. Jeszcze próbuję, ale jeśli minie kilka dni i nic, będe musiał poważnie pomyśleć, bo mam mega wewnętrzne opory przed złapaniem takiej roboty, jak powyższe. Po prostu nie akceptuje tutejszych zasad, nawet jako sezonowy turysta/pracownik. Wolę sobie robić nawet mniej opłacalne rzeczy i w nich się spełniać, robić coś z czego inni wyniosą frajdę, niż zagryźć zęby i podawać kartony z mlekiem czy cegły. Dlatego zawsze wolałem robić Hip Hop Kempy etc., niż jeździć za granicę do pracy. Jednocześnie podziwiam bardzo te osoby, które umieją zagryźć zęby. Podziw jednak nie jest bezwarunkowy, a związany z motywacją takich zachowań.
  • a jeszcze mnie jedno zszokowało. Jak ci wszyscy MONSTRUALNI ludzie (w Polsce bez kitu nie ma takich) wdrapują siępo tylu stromych schodach? Schody są wszędzie (miasto, metro), są bardzo strome (sam mam problemy z wdrapaniem się na nie po całym dniu wchodzenia), a w dodatku wąskie. Mniemam, że niektórzy mogą nieraz blokować całe takie schody swoją posturą. W szoku.
  • ANGLOPOLIZM. Zwał, jak zwał (np. ten co na moim brzuchu się robi po tym "zdrowym" jedzonku o wspomnianym "0% fat" oczywiście), ale przerażający jest język Polonii. Mówię o wtrąceniach ciągle angielskich w normalną gadkę. "Very nice jest Twój nowy carpet" i ciągle tak! Tego typu tendencja wrzucanie cholera wie po co brytyjskich słów w polską mowę jest też szalenie popularna w Polsce. Ba, sam się na tym częstołapie i staram się to mocno eliminować, bo to MAKSYMALNA WIOCHA! Właśnie tak sądze. Rozumiem jeszcze, że w korporacjach czy agencjach reklamowych używa się czasami takich spolszczeń na rzeczy, które lepiej właśnie tak brzmią (spot, prevka, brief), ale wrzucanie na siłę różnych "yes", "nice one", "cool", to beznadzieja. Czasami jest to śmieszne, gdy np. parafrazuje się jakieś cytaty filmowe/ teksty kawałków, związki wyrazowe, ale normalnie to centralna beznadzieja. Muszę na to uważać, bo tu wszyscy tak mówią i automatycznie się podchwytuje. Dbajmy o swój język!!!
Dobra to tyle, zwłaszcza że mam kaca mordercę (beznadziejne tutejsze piwa) i jeszcze jakieś strategiczne decyzje muszę podejmować:)


Link 19.06.2006 :: 19:57 Komentuj (0)
Witam! Oto mała porcja fotek. Cykam telefonem rzeczy, które zwróciły jakoś moją uwagę. 
 
 
Mistrzowska latarnia, mnóstwo szkiełek i innych świecidełek zatopionych i ułożonych w sensowne wzory. 
 

 
Tego typu sterty śmieci, leżące wieczorami co kilkanaście metrów, dają mi solidny powód, by wydobyć z siebie gardłowie "ALE JEB*E!!" Smród niesamowity, ogarnięcie kwestii śmietników w mieście, w którym konsumpcja jest przynajmniej "ponadprzeciętna" hehe, to wielkie wyzwanie. 
 
 
 
Przeczytajcie komentarz na temat powyższego zdjęcia na http://www.leksykon.miszczak.pl 
 
A co poza tym?
 
Jest skomplikowana sytuacja, szczególnie dla mnie. Wyniknął problem z mieszkaniem, podzieleniem się składu na dwie części i zgadnijcie w czyim kierunku został skierowany cały ogień wrogich obozów? Przynajmniej mogę się pocieszyć, że przyczyniam się do zawiązywania wspólnych frontów, szkoda, że przeciwko mnie:) 
 
Nienawidzę się kłócić z kobietami. Z facetami jest łatwiej - ostatecznie można dać komuś w mordę (albo wyłapać) i problem mniej więcej rozwiązany. A co tu z robić z taką kobietą, jej "wrażliwością" (humorkami), dumą i wczuwką? A jak sobie poradzić przy zmasowanym ataku tych atrybutów, przeprowadzonym przez kilka kobiet jednocześnie? Staram się tu jakoś mediować, przywoływać dziewczyny do pionu, bo któs musi sprawować kontrolę. Potwierdza się po raz kolejny zasada, że jak się komuś pomoże, to on cię potem nie lubi. Bez kitu mam zajebiście czyste sumienie, co więcej wiem, że moje tutejsze decyzje miały bardziej na względzie potrzeby dziewczyn, niż moje. A konflikt jest taki: mieliśmy jechać w 8-9 osób, ja plus dziewczyny. Pierwsza ekipa, która przyjechała, to cztery nieznane mi wcześniej babki (bardzo sympatyczne, bardzo lubię, zintegrowaliśmy się) i ja. I my mieliśmy znaleźć mieszkanie dla całego składu. Nie udało się wynająć 4 sypialniowego (mega trudne wyzwanie ogólnie znaleźć kwaterę w NYC), ja znalazłem przez kolegę mieszkanie 2 sypialnie + duży pokój dzienny, bardzo atrakcyjne cenowo, komfort jak dla mnie okej. Nie ma materacy (śpię na drewnianej podłodze), ale w Stanach "handel" meblami odbywa się na zasadzie spacerów po dzielnicy. Ludzie wszystko wywalają na ulice i można sobie zbierać. Mój koleżka cały pokój (szafka, lodówka, materac, skrzynia na winyle plus wiele innych) umeblował sobie właśnie na spacerach:) Wczoraj za późno po prostu ruszyliśmy na materacowy żer.
Ale do rzeczy. Przyjechała wczoraj jedna dziewczyna z tych trzech, z którymi się znam od paru lat i najlepiej i najbliżej i docelowo razem mieliśmy jechać do Stanów. Ogólnie to nie odpowiadał jej komfort tego mieszkania za te pieniądze i zdecydowała o szukaniu czegoś nowego (i tak konieczność, bo mieliśmy się rozbić na dwa składy). No i gdzie jest wołowina (where's the beef?) Dzielimy się na składy. Pierwszy atak ze strony nowych koleżanek "zostawisz nas z tym mieszkaniem", a drugi z przyjaciółek "zostajesz sobie z nimi, nieznanymi". Tak się to klaruje w bardzo delikatnym zarysie, bo sytuacja jest poważnie mega niekomfortowa i znacznie mocniej skomplikowana. Czyli dokładnie to, czego można było się spodziewać po wyjeździe z tyloma dziewczynami. Niestety moja propozycja rozładowania problemu w łóżku (tzn. na podłóżu;)) nie została przyjęta z gorącym entuzjazmem:)
 
Przy takich sprawach koncentruję się na problemie, nie na osobach, a z dziewczynami w ogóle nie mogę w tej kwestii znaleźć porozumienia. Spoko, mam nadzieję że wszystko to się szybko ułoży i będe mógł się skoncentrować na szukaniu pracy.
 
Dziękuję Wam Wszystkim za wszystkie miłe słowa, jakie tu zostawiacie, a także w mejlach i sms-ach. Jest to dla mnie bardzo ważne, przemiłe wsparcie. Ogólnie uważam, że komfort pt. "mam do kogo wrócić" to jeden z największych skarbów, jakie można mieć. Dzięki. 
 
 


Archiwum

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

Linki

link1
link2
link3

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com